Trochę się stęskniłem za nieprzewidywalnością życia, więc dzisiaj opowiem wam o tym, jakie figle spłatał mi los i dlaczego tak dawno nic nie napisałem.
Tym bardziej chciałbym się z tego wytłumaczyć, bo gdy w niedzielę przypomniałem sobie o skrzynce meilowej, która jest przypisana do tego bloga, zobaczyłem w niej kilka wiadomości od was. Nie ukrywam – bardzo się ucieszyłem 🙂 To bardzo miłe i dziękuję, za każde wyrazy troski i zmartwienia. Minęły aż trzy miesiące… Nawet nie wiem kiedy.
Chyba Pan Bóg podkręcił trochę czas, ale to dobrze, bo to znaczy, że szybciej do nas przyjdzie!
Tak więc chciałbym się trochę wytłumaczyć i opowiedzieć co takiego mnie zatrzymało.
Zacznę od razu z grubej rury. W marcu zmarł mój kolega z pracy. Nagle. Coś wiele tych nagłych śmierci… To tylko przypomina o kruchości życia i o tym, że każde uderzenie serca może być tym ostatnim.
Minęło już trochę czasu, a dalej siedząc w pracy czekam na jego – SIEMKA! – które niegdyś mnie irytowało.
Dlaczego tak jest, że czasem nam tęskno do takich sytuacji, które wzbudzały w nas złość i gniew? Jego pozytywizm, który objawił się w najgorszym momencie mojego życia mnie przytłaczał. Wiem, że chciał mi poprawić humor, chciał ze mną pobyć, ale wtedy interesowało mnie jedynie towarzystwo paczki papierosów. Na szczęście, gdy się trochę wyprostowało, to miło spędzaliśmy czas, więc mam nadzieję, że wybaczył mi moje humorki.
To tak jak z Bogiem. Ciągle wyciąga do nas ręce i to tylko od nas zależy, czy ją złapiemy.
Dziś żałuję każdej mojej złości, gdy on wyciągał do mnie rękę. Cieszę się, że mogłem z nim spędzić wiele miłych chwil w pracy i po za nią. Dziękuję mu, że darzyliśmy siebie przyjaźnią i mogliśmy sobie ufać, tak jak kiedyś, gdy pilnowaliśmy naszej małej firmowej grupy podczas wyjazdu integracyjnego, jako jedyni abstynenci w towarzystwie. Po ludziach pozostają nam wspomnienia, których się nie da wymazać, a człowiek żyje tak długo, dopóki żyje pamięć po nim. Do zobaczenia w niebie Jasiu!
W kwietniu przeszedłem operację – spokojnie, nic aż tak poważnego, jednak dzięki niej przypomniałem sobie, że aby chorować – trzeba mieć zdrowie… Przez dwa tygodnie chodzenie, leżenie, czy wstawanie były okropnością ale cóż, trzeba było chodzić i się ruszać, więc zaciskałem zęby i chyba dzięki temu doszedłem do zdrowia szybciej niż inni, a Po miesiącu wróciłem do pracy, gdzie na szczęście dostałem do pomocy przemiłych panów z odległej Ameryki południowej… 🙂 Cudowni ludzie. Cieszę się, że Pan mi ich postawił na mojej drodze, tylko trochę szkoda, że musimy się kontaktować przez tłumacz google. Chociaż, czy może szkoda… To też jakaś nauka. Miło widzieć, gdy o 12 na Anioł Pański wszyscy się żegnamy i każdy w swoim języku odmawia pozdrowienie anielskie. Pewnego razu przysłuchałem się ich modlitwie i powiem wam, że „Zdrowaś Maryjo” po hiszpańsku robi wrażenie! Dzięki temu trochę mniej nie lubię tego języka (wolę francuski, lub włoski, hiszpański zawsze mnie odpychał). Może kiedyś uda nam się odmówić modlitwę razem – jak się nauczę hiszpańskiego… 🙂
Początki naszej komunikacji nie były łatwe. Napisałem kiedyś jednemu z nich, żeby „idź już na śniadanie, a potem pójdź na drugą halę” – jego wzrok, wyraz twarzy… Kolokwialnie mówiąc – strzelił focha. Zastanawiałem się, co się mogło stać, co złego napisałem? Tak mnie tknęło, żeby sprawdzić tłumaczenie tłumaczenia i google przetłumaczył moje zdanie jako – „Jeśli chcesz możesz CZASAMI coś zjeść a najlepiej to idź na halę”. Sprawdzajcie tłumaczenia… 🙂
W między czasie przyszedł i on. Z małej litery, bo go nie chciałem.
Wtargnął się w momencie, w którym myślałem, że jest wszystko w porządku. Już przeczuwałem, że on nadchodzi ale to ignorowałem, bo pewnie „wydaje mi się”. Pojawiły się oczywiste sygnały, że już jest. No i te myśli, że przecież Ty byś tak nie zrobił. Do tego Mi? Kochasz mnie, a takie coś? Na prawdę? (posypało się też wiele prywatnych spraw, o których nie chcę tutaj pisać).
Doświadczenie kryzysu wiary to paskudne uczucie. Tak jakbym nie czuł Boga, nie widział go w codzienności, ba, nawet czasem jakbym go nie chciał dojrzeć.
Jeżeli piekło to oddzielenie się od Boga po wieki – Boże zmiłuj się nade mną, abym tam nie trafił. Te kilka dni, gdy byłeś mi „obcy”, gdy nie dostrzegałem nawet krzyża w pokoju, czy budziłem się bez uczynienia znaku krzyża, były puste, pozbawione sensu. Ty Panie jesteś sensem i dziękuję, że mnie zaprowadziłeś do konfesjonału.
Nie chcę się dziś rozpisywać ale na pewno wrócę do tematu – kryzysu wiary. Ciekawi mnie też, czy ktoś z was takowy przeżywał…? Piszcie śmiało! Nie gryzę! A nawet można się ze mną zakolegować! 😉
Dziś już wszystko jest w miarę poukładane. Czekam tylko na jedną ważną informację, żeby móc odetchnąć pełną piersią.
Wracam do zdrowia, codzienne treningi, czy wycieczki rowerowe po 40km dają nie tylko poczucie względnego powrotu sprawności ale i satysfakcję. Polecam przejażdżki rowerowe! Odkryłem tyle polnych kapliczek, że aż kiedyś wam je tutaj wszystkie pokaże. To piękne, że nawet jadąc rowerem, Pan Bóg o sobie przypomina. Wiele razy, gdy przecinałem polne ścieżki ze słuchawkami na uszach i widziałem kapliczkę/krzyż słyszałem (oczywiście to hiperbola) jakby Bóg mówił – hejo, tutaj też jestem! No tak, w końcu jest wszędzie.
Tak dzisiaj bez ładu i bez składu ale z Bogiem, a to najważniejsze. Wszystkiego dobrego 😉
